Facebook Flickr YouTube Sejmometr

Lustro Repnina czyli rozkruszanie Polski

Dodano: 23 października 2015

LUSTRO REPNINA CZYLI ROZKRUSZANIE   POLSKI

Ponad ćwierć wieku odzyskanej suwerenności i wiele na szczęście niestraconych szans, oto bez wątpienia współczesna Polska. Przebudowa zacofanego kraju, kiedyś z przysłowiowym octem na półkach, żywnością na kartki, przemysłem ciężkim i siermiężnym rolnictwem dziś nierzadko budzi podziw zachodnich obserwatorów. Wejście do Unii Europejskiej, w której Polska stała się istotnym graczem oraz do NATO, wzmocniło poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości. Utrwalił się system demokracji parlamentarnej i uporządkowała scena polityczna, w latach 90. rozbita między wiele partii i partyjek, a od niedawna podzielona między kilka znaczących podmiotów. Utrzymujący się wzrost gospodarczy, którego źródłem jest naturalna przedsiębiorczość Polaków, ale któremu stworzono także (mimo jeszcze licznych barier) sprzyjające warunki rozwoju, stał się skuteczną osłoną przed światowym kryzysem.

Jest jednak kilka kwestii w polskim życiu publicznym i politycznym, które wciąż nie dają nam poczucia pełnej satysfakcji z jego poziomu. Niepokoi przede wszystkim jego ostry podział, zwany wręcz podziałem na dwie Polski i związana z tym mowa nienawiści, a także próby ideologizacji decyzji legislacyjnych, stałe podważanie legalności obecnych władz,  liczne wciąż bariery biurokratyczne i brak poszanowania prawa oraz stałe obniżanie się rangi publicznej Kościoła.  I o tych realnych problemach warto napisać kilka słów.

 

MARYJA PRZECIWKO MARII

 

Dzisiejsza niepokojąca słabość formacyjna Kościoła – charakteryzująca się w zamian rosnącą kompensacyjną polityzacją jego działań – a w konsekwencji coraz mniejsza skuteczność apostolska, ma kilka źródeł. Jednym z nich jest bezpowrotna utrata większości obecnego młodego pokolenia, spontanicznie wyrosłego duchowo po śmierci papieża. Karol Wojtyła zaproponował wzmocnienie powszechnej religijności, oparte na tradycyjnym w Polsce kulcie Marii i przez pierwsze kilkanaście lat od rozpoczęcia pontyfikatu budował konsekwentnie tę wrażliwość modlitewną, odwołując się do dewizy „totus Tuus”. Niestety, wkrótce po odzyskaniu niepodległości powstał pomysł, by wykorzystać program Papieża do budowy prywatnego imperium medialnego, a samą maryjną wrażliwość sprywatyzować finansowo i znacjonalizować ideowo. Pierwotnie, z powodu siły oddziaływania samego Papieża, pomysł wydawał się niewinny, dziś, na skutek politycznego działania Tadeusza Rydzyka, z nauki św. Jana Pawła II i prawdziwego kultu maryjnego pozostały zgliszcza. Prawdę powiedziawszy, pamiętając na kluczową rolę Karola Wojtyły w odzyskaniu polskiej wolności, która przecież nie musiała pozostać trwałą, rzecz wygląda na tak przemyślaną od samego początku, że musi budzić prawdziwy niepokój o swe źródła.  To chyba jeden z najbardziej dramatycznych epizodów w historii naszego Kościoła, w którym w ciągu kilku lat zmarnowany został tak wspaniały, nadludzki wysiłek papieża, próbującego odbudować w Polsce głęboką, wizyjną i uniwersalną duchowość. Jego pracę i modlitwę w jedną dekadę zamieniono w wyłudzanie od najbiedniejszych pieniędzy, (pod pretekstem zbiórek czy to na stocznię gdańską, geotermię czy rodzinną telefonię komórkową), antysemityzm, polityczne sekciarstwo i modlitwę do bożka multiplexu.

Tej dominującej dziś w przekazach medialnych pogańskiej wersji katolicyzmu, często towarzyszy wzgarda okazywana przez część Kościoła innym poglądom, postawom czy ideom. Ta zupełnie nie przystająca do obecnych czasów postawa powoduje, że indywidualne i bolesne dla Kościoła przypadki pedofilii łatwo stają się częścią zbiorowego wyobrażenia o kondycji całej wspólnoty katolickiej... Zmarły niedawno premier Tadeusz Mazowiecki,  kiedy żegnaliśmy  inną wspaniałą postać, niezłomnego przecież obrońcę Kościoła w latach niewoli, Jacka Woźniakowskiego, wypowiedział w kościele Wizytek niezwykle dramatyczne słowa o milczeniu Kościoła w kwestii nadużywania języka patriotyzmu do szerzenia wewnętrznej, domowej nienawiści. Gorzkie słowa pierwszego premiera odrodzonej Polski, tak blisko i serdecznie związanego z Kościołem winny zabrzmieć jak dzwon alarmowy... Ale przede wszystkim, musiałyby wpierw być usłyszane.

Dzisiaj, na skutek silnego związania się kleru z jedną partią polityczną, mamy do czynienia ze sporą i wciąż rosnącą grupą wiernych, w tym znacznym odsetkiem inteligencji, którzy tworzą nową odmianę polskiego pielgrzyma: pielgrzyma cierpliwie poszukującego w dni święte kościoła, w którym nie zostanie on obrażony z ambony lub narażony na aluzje i docinki polityczne. Z drugiej, z kurczącą się w gwałtownym tempie częścią hierarchii Kościoła, która chciałaby zerwać z rozrastającym się wewnątrz wspólnoty rakiem sekty smoleńsko-toruńskiej, lecz bojących się, by w efekcie ostrzejszego postawienia tamy polityzacji przez środowiska PiSu, nie nastąpiła rzeczywista już i trudna do zlikwidowania schizma w polskim Kościele, z ewidentnym politycznym manichejczykiem, Jarosławem Kaczyńskim i  zakonnym ariuszem, Rydzykiem na czele. Wszystko to, wzmocnione, jak w przypadku bezwzględnego wobec cierpień rodziców  prof. Chazana czy poprzez kuriozalne wejście kilku biskupów do komitetu wspierającego demonstrację PiSu, czy wreszcie publicznym wzywaniem do łamania lub podważania obowiązującego w państwie prawa w przypadku chociażby ustawy o in vitro,  w coraz  większym stopniu budzi obawy o  przyszłość Kościoła jako autorytetu tonującego konflikty i kierującego ku wyższym celom różnorodne środowiska społeczne. Piękno przesłania Ewangelii w polskim Kościele zamieniono na dążenie do moralnej i politycznej dominacji, by własne poglądy narzucić wszystkim obywatelom zamieszkującym nasze państwo. By własne przekonania poprzez świeckie prawo podyktować innym, Kościół potrzebuje zwycięstwa prezesa Kaczyńskiego i dlatego przestał  – w obliczu wysokiej przewagi sondażowej PiSu – dbać o niuanse i dyplomację. Stwierdzenia o tym, że parlamentarzyści którzy głosowali za ustawą o leczeniu bezpłodności metodą in vitro z myślą o wszystkich obywatelach Rzeczypospolitej, nie mogą otrzymywać komunii św. każe zapewne wielu katolikom głęboko wierzącym w Dobrą Nowinę zastanowić się, czy nie warto w obliczu takiego bezwzględnego wykluczania udać się do mądrzejszej teologicznie wspólnoty protestanckiej, otwartej, tolerancyjnej i dopuszczającej po spowiedzi np. rozwodników do stołu Pańskiego...

 

 

SEKTA SMOLEŃSKA PRZECIWKO DEMOKRACJI

 

Rozważmy teraz kwestię partii z przywództwem bliskim sekcie, kiedyś, gdy była przy władzy z trudem znoszącej ograniczenia demokracji, dziś przede wszystkim partii smoleńskiej. Nie jest ona czymś nowym. Mówiłem i pisałem o sekciarskim charakterze działania PiSu krótko po tym, kiedy Jarosław Kaczyński został premierem. Dziś zmieniła ona w znacznym stopniu swój charakter, gdyż prezes nie tylko strzeże jak dawniej zamkniętego zbioru idei, których sam personalnie jest najwyższym ucieleśnieniem, ale dodał do ich fundamentu quasi religijne uzasadnienie oparte na tzw. „męczeństwie smoleńskim” swego brata, Prezydenta.  Celem jest państwo PiSu z wyraźnie zarysowanym kośćcem totalnym, wpisanym do preambuły projektu pisowskiej Konstytucji, czyli „jasną koncepcją kontroli państwowej, która obejmuje wszystkie dziedziny życia publicznego, nie pozostawiając sfer niczyich”. A co pan prezes miał na myśli wskazując potrzebę powołania po przejęciu władzy „centralnego ośrodka dyspozycji politycznej”, czy „o wprowadzeniu po przejęciu władzy minimum patriotycznego dla obywateli” tego wolałbym nigdy nie sprawdzać.

Obecnie są w tej wcale niemałej sekcie, cieszącej się też sporym poparciem społecznym wyznawcy piszący, są maszerujący i są wprost partyjni. Pierwsi są prawdziwym wynalazkiem naszych czasów, drudzy i trzeci to tradycyjne formy przyporządkowania się danej idei. Wyznawcy piszący, często dawniej niezależni intelektualnie komentatorzy i publicyści, dziś tęsknią wyłącznie za polityką, doradzają swemu idolowi w coraz liczniejszych tygodnikach, noszą za nim kadzidło i tłumaczą każdy krok, ba, ofiarnie wymyślają dlań różne strategie działania, radośnie hejtują przeciwnika politycznego, a nawet doradzają jak podzielić rządzącą koalicję... Jednym słowem są jak pszczoły bez miodu. Unoszą się w balonach hipokryzji, najpierw wyrzucając innych dziennikarzy i redaktorów z przejmowanych mediów publicznych, by bez skrupułów zająć ich miejsce, a potem, gdy fortuna się odwraca i są skądkolwiek zwalniani, podnosić larum o łamaniu prawideł dziennikarskich i likwidowaniu wolności słowa. Wtedy zakładają maski prześladowanych nosicieli prawd objawionych, które ktoś chce zablokować, kneblując ostatnim odważnym usta.

Wyznawcy partyjni z kolei po kilku zgasłych projektach o nazwie Gliński, oraz przegranych wyborach samorządowych z braku zdolności koalicyjnych, postanowili podważyć istotę demokracji, czyli legalność wyborów. Atak prezesa Kaczyńskiego na wynik wyborów samorządowych, do którego to ataku dała wówczas, niestety, pretekst nieudolna PKW, zamienił się w gwałtowne oskarżenia o ich sfałszowanie. W ślad za prezesem ruszyli do ataku wygłodniali władzy jego wyznawcy wszelkich maści. Postanowiono nawet, dla cynicznego efektu politycznego, zadrwić z ofiar stanu wojennego, wykorzystać symboliczną datę 13 grudnia do demonstracji przeciwko demokratycznym wyborom. Cóż za radość w ciemnych pokojach niedaleko dawnej Łubianki. Polskie sekty, rydzykowa, smoleńska, polityczna dalej – niestety – pracowicie nadkruszają podstawy polskiej demokracji... Lecz toutes proportions gardée,  czyż przed laty Repninie odwoływał się przede wszystkim do najgłośniej i najrzewniej lejących łzy nad losem ojczyzny, czyż nie pomagał ratować prawdziwych patriotów i ich „złotej wolności”?

 

FAŁSZYWI PATRIOCI PRZECIWKO PATRIOTYZMOWI

 

Pamiętamy wszyscy stawiane swego czasu pytania przez dziennikarzy, czy wyświetlać rolę wiceprezesa PiS, Macierewicza w sprawie rozbicia polskiego wywiadu i kontrwywiadu przy okazji rozwiązywania WSI czy też nie? Takie pytania usprawiedliwiano najczęściej odległością czasu, który upłynął od zakończenia prac osławionej komisji weryfikacyjnej, czyli od 2008 roku. Ale to nie był i nie jest problem hamletyczny.  Antoni Macierewicz winien wreszcie odpowiedzieć na kilka istotnych pytań, także dotyczących wcześniejszych motywacji swoich działań. Wszystkie trzy największe akcje Macierewicza (dzika lustracja, sposób rozwiązania WSI oraz szerzenie teorii o zamachu smoleńskim) przyniosły ogromne straty polityce polskiej zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz kraju.

Odpowiedzmy sobie przy tej okazji, kto może stać od lat na czele tak chętnie opisywanej przez polityków PiSu partii moskiewskiej? Cóż, najważniejsze są zawsze fakty. Oto od początku odrodzenia naszej wolności, czyli już od 1989 roku wycofują się powoli wojska sowieckie z Polski. W 1992 roku pozostaje jednak w kraju wciąż blisko 36 tysięcy rosyjskich żołnierzy. Mimo sporów z Wałęsą o szczegóły  22 maja rząd podpisuje porozumienie o wymarszu reszty Armii Czerwonej. Cóż się dzieje tuż po tak ważnym sukcesie i decyzji, gwarantującej dopiero co odzyskaną wolność i niepomierne zwiększenie naszego bezpieczeństwa? Nagle, na najbliższym posiedzeniu Sejmu, Macierewicz ogłasza listę agentów bezpieki, na której są prawie wszystkie najważniejsze osoby w państwie: prezydent, marszałek sejmu, minister spraw zagranicznych, minister finansów... Czyż można było dać lepszy pretekst Rosji, by pozostawiła swoje wojska w sytuacji takiej próby skompromitowania całego przywództwa państwa polskiego, mimo podpisanego właśnie porozumienia? Na szczęście, czego może nie docenił Macierewicz, w Rosji było już po przesileniu, pucz moskiewski skończył się klęską starych reżimowców, a służby nie mogły prowadzić samodzielnej gry politycznej. W efekcie Macierewicz doprowadza „jedynie” do upadku rządu Olszewskiego, a po nowych wyborach do powrotu do władzy  postkomunistów. To pierwsza zasługa tego „patrioty”. Drugim był sposób rozwiązania WSI, służb, które należało rozwiązać, ale których tajemnic nie wolno było w żaden sposób ujawniać światu, a tym bardziej tłumaczyć ich na „kongresowy język rosyjski”, żeby było „towarzyszom” łatwiej. Kiedy to się dzieje? Tuż po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. To oczywiście kolejny zbieg okoliczności... Efekty? Osłabienie osłony naszych wojsk na misjach w Iraku i Afganistanie, dekonspiracja agentów, osłabienie bezpieczeństwa państwa, nowej wschodniej flanki UE i NATO. Oto kolejna „zasługa”. I wreszcie, po kolejnym istotnym i tragicznym wydarzeniu, śmierci polskiego prezydenta, ożywa po raz kolejny nasz „bohater”: zawraca natychmiast do Polski i rozpoczyna wieloletnie igranie teoriami o zamachu smoleńskim, podsycanie braku zaufania do polskiego państwa, cyniczne żerowanie na uczuciach rodzin osób tragicznie zmarłych, chęć rozpętania jak największego konfliktu na linii Warszawa-Moskwa. W czyim to jest interesie, Polski czy Rosji?

 

BYLEJAKOŚĆ PRZECIWKO MIŁOŚCI OJCZYZNY

 

Wielu z nas zastanawia się dziś, co stanie się z pojęciem patriotyzmu. Nadużywanie go przez ludzi pokroju Macierewicza czy Korwina-Mikke, narodowców z gazety tzw. polskiej czy, w świetle coraz częstszych burd, młodych ludzi maszerujących 11 listopada w kominiarkach, bądź wykrzykujących wulgarne, rasistowskie z gruntu okrzyki przeciw uchodźcom, może powodować u wielu odruch zniecierpliwienia. Są jednak sprawy, których pominąć nie można, o których trzeba dyskutować i to jak najgłośniej. Jedną z nich jest lekceważący lub wręcz przyzwalający sposób podejścia do naruszania bądź łamania prawa przez tych, którzy mają szansę i zazwyczaj dzierżą narzędzia do potencjalnej zmiany władzy w Polsce. Sekta smoleńska, najgłośniejsza część PiSu, podważa gdzie tylko i jak tylko może autorytet państwa, lekceważąc jego instytucje, np. kwestionując przez całą kadencję demokratyczny wybór prezydenta Komorowskiego i legalność wyborów samorządowych,  rozniecając niechęci narodowościowe i historyczne resentymenty do sąsiadów. Ten rodzaj bezmyślnego podejścia do kwestii autorytetu państwa wykoślawia zarówno jego ideę, jak też ideę wolności. Ciągłe podkreślanie przez prezesa Kaczyńskiego, że prawdziwą suwerenność trzeba dopiero odzyskać, a przez Korwina-Mikke, że przeżyć powinni tylko najsilniejsi, wykoślawia umysły tysięcy młodych ludzi. Co można przeciwstawić tak rozumianemu nacjonalizmowi, który ubiera się w patriotyczne piórka i kryje swą odwagę za kominiarką? Czy wystarczą wysiłki skupione od pewnego czasu na dbałości o tzw. politykę historyczną, by nie pozostawiać jej wyłącznie na łaskę zideologizowanych manichejczyków i terlikowskich „frondystów”?

Otóż na pewno nie wystarczy do tego wyłącznie głoszenie najbardziej nawet racjonalnego programu modernizacji Polski, który część komentatorów przezwała ideologią „ciepłej wody w kranie”. I tu dochodzimy do problemu rzeczywistej kondycji polskiego państwa hic et nunc i kondycji zarówno całości obecnej rządzącej koalicji, jak i przede wszystkim głównej partii rządzącej, czyli Platformy Obywatelskiej u progu nowych wyborów. Ale o tym już następnym razem, po wyborach...

Rafał Grupiński


© 2010 - 2012 Rafał Grupiński

Realizacja: Trawka Studio