Facebook Flickr YouTube Sejmometr

Spotkanie przewodniczących klubów parlamentarnych EPL w PE

Dodano: 05 czerwca 2012

Foto

Od poniedziałku (4.06) biorę udział udział w 16-tym szczycie przewodniczących klubów parlamentarnych należących do rodziny politycznej EPL w parlamentach narodowych UE oraz w Parlamencie Europejskim. Spotkanie szefów klubów w Brukseli poświęcone jest tematyce wzrostu: "Growth and employment: a European recipe for a way out of the crisis" i zakończy się dzisiaj.


Poniżej treść mojego przemówienia.


Europa: mniej egoizmów, więcej solidarności

Dziś Unia Europejska wydaje się zbyt słaba, by zrobić następny krok na drodze dalszej, głębszej integracji – politycznej, ekonomicznej i społecznej. Jednocześnie Wspólnota jest zbyt silna, by – gdyby miałoby dojść do jej rozpadu czy załamania strefy euro – mogło się to odbyć bez globalnego trzęsienia ziemi.

A przecież jeszcze kilka lat temu, opisując projekt zwany Unią Europejską, używaliśmy zupełnie innego słownika. Gdy mówiono „Unia Europejska”, myślano „sukces”. Gdy mówiono „Wspólnota”, odczuwano dumę. Niemal wszędzie UE była podziwiana jako miejsce dobrobytu, pokoju i socjalnego zabezpieczenia obywateli. Ba, była nazywana „postmodernistycznym mocarstwem XXI wieku”.

Atrakcyjność Unii polegała na miękkiej sile przyciągania, tzw. soft power, czyli wartościach i kulturze, które uczyniły z niej obszar liberalnej demokracji, wolności i tolerancji. Miejsce, które – szczególnie dla tych spoza Unii – było mityczną krainą szczęśliwości: Nowym Wspaniałym Światem. Krótko: Unia była projektem, który budził nadzieję i optymizm.

Dziś taki język odszedł w zapomnienie. Słownik optymistyczny zastąpił słownik pesymistyczny. Dlatego, gdy mówimy „Unia”, myślimy „kryzys”. Gdy mówimy „Wspólnota”, odczuwamy lęk. Gdy trzymamy w ręku banknoty euro, nie mamy poczucia pełnego bezpieczeństwa. Ponadto kryzys ekonomiczny i gospodarczy uderzył mocno w europejski model państwa opiekuńczego.

Jakby tego było mało, brakuje pracy, co popycha ludzi – szczególnie młodych – do wyjścia na ulice europejskich miast. Europejczycy, którzy cieszyli się spokojem i życiową pewnością, dziś z trwogą patrzą, co przyniesie jutro. Coraz trudniej znaleźć tych, którzy wierzyliby jeszcze, bez zastrzeżeń, w to, że Unia Europejska ma przed sobą świetlaną przyszłość.

O czym świadczą te dwa, jakże odmienne, słowniki opisujące Unię Europejską – słowniki, które zmieniły się diametralnie zaledwie w przeciągu jednej dekady? Ano o tym, że bardzo łatwo jest być euroentuzjastą w czasie dobrobytu. I zarazem bardzo trudno jest być euroentuzjastą, gdy w oczy zagląda kryzys.

Wszystko to sprawia, że dziś jesteśmy świadkami rosnących w siłę w krajach „starej Unii” eurosceptycznych nastrojów. Najlepszym tego świadectwem są ostatnie wybory we Francji, gdzie Unia Europejska, w retoryce sztabów obydwu głównych kandydatów, robiła za przysłowiowego „chłopca do bicia”.

Ale, co ciekawe, także w Niemczech, szczególnie w konserwatywnej części społeczeństwa, budzą się antyeuropejskie nastroje. Dlaczego, pytają niemieccy obywatele, „mamy płacić na tę Unię”.

Co intrygujące, na tym tle Polska wciąż stanowi fenomen proeuropejskiego entuzjazmu. Badania sondażowe (CBOS) wskazują, że 62 proc. Polaków jest za pogłębieniem integracji Unii. Dziś w Polsce partia, która głosiłaby antyeuropejskie hasła, popełniłaby polityczne samobójstwo.

Co to znaczy? Otóż „Stara Europa” zgubiła gdzieś entuzjazm dla wspólnotowego projektu, który pozwalał jej w przeszłości budować dobrobyt i pokój na Starym Kontynencie. Ale wciąż posiada siłę finansową i gospodarczą. „Nowa Europa”, na czele z Polską, nie ma jeszcze tej siły gospodarczej i finansowej, ale za to niesie społeczny entuzjazm. Entuzjazm, który jest konieczny, by europejski projekt nie zakończył się spektakularną klęską. Jest zarazem ten entuzjazm wsparty najwyższym wzrostem Produktu Krajowego Brutto w ostatnich 4 latach w całej Unii (o blisko 16%). Mieliśmy najszybszy wzrost nie tylko w całej Unii Europejskiej, lecz w całym OECD. W ciągu ostatnich czterech lat Polska była też na drugim miejscu w rankingu wzrostu zatrudnienia w Unii Europejskiej. 880 tys. dodatkowych miejsc pracy, na drugim miejscu po Niemczech, które mają dwukrotnie większą liczbę ludności niż Polska. Polska gospodarka zaczęła się efektywnie oddłużać, a cele stawiamy sobie ambitne: chcemy by deficyt sektora finansów publicznych w 2015 roku spadł poniżej 1%.

Europa potrzebuje dziś więc rygorów paktu fiskalnego i gospodarczej solidarności, potrzebuje odpowiedzialności takiej jaką wykazali Irlandczycy w wygranym referendum w sprawie paktu fiskalnego. Ale potrzebuje także państw Nowej Europy, z wiarą w Zjednoczoną Europę i ze świadectwem sukcesu, że nawet po traumie komunizmu można – dzięki solidarności i odwadze ludzi, a także ich przedsiębiorczości – zbudować w krótkim czasie nowoczesne państwo.

Dziś mamy więc taką oto sytuację: Warszawa potrzebuje siły Berlina, reform Rzymu i Madrytu. Ale Paryż, Londyn i reszta starej Europy potrzebuje entuzjazmu Warszawy, Rygi czy Bukaresztu. Dla dobra całej Unii. Bo Unia Europejska, żeby pokonać kryzys nie potrzebuje ani Merkollande'a, ani Merkotuska, lecz realnej solidarności w problemach i twardej konsekwencji.

Istotą obecnego załamania projektu europejskiego jest – co warto sobie wciąż przypominać, kiedy szuka się ozdrowieńczej recepty – kryzys zadłużenia, nie kryzys koniunkturalny.

Dlatego o ile hasło zwiększania wydatków i śmielszego pobudzania wzrostu mogą realizować np. Niemcy, ze względu na swoje zasoby i stan finansów publicznych, o tyle Włochy i Hiszpania z poziomem długu na wysokości 2,5 bln E nie mogą tej recepty zastosować w prosty sposób. Wydatki w krajach o nadmiernym strukturalnym zadłużeniu będą wstrzymywane, gdyż podmioty prywatne będą najpierw chciały się oddłużyć, dopiero potem mierzyć swe siły z wyzwaniami rozwoju. Mamy więc kryzys wzrostu wynikły z nadmiernego zadłużenia i jednocześnie dużo wolnych mocy produkcyjnych i niewykorzystywanego potencjału.

Prosty okrzyk – wydawajmy więcej, dość zaciskania pasa, nie ma więc większego sensu, bo pobudzanie wzrostu przez zwiększanie wydatków trzeba przecież sfinansować! Dlatego o ile będziemy jako Polacy zawsze nawoływać do większej solidarności we wspólnym przełamywaniu barier zagradzających Europie drogę wzrostu, o tyle będziemy także podkreślać, że drogi wyjścia muszą być zróżnicowane, czasami aż tak bardzo, jak wielka przepaść dzieli dziś sytuację Niemiec i Grecji.

Czego zatem dziś potrzebuje Unia, by znów budzić akceptację swoich obywateli i respekt na globalnej scenie?

Po pierwsze: potrzebuje dziś Europa reform strukturalnych w dwu wymiarach gospodarczych: śmielszych działań na rzecz likwidacji barier rozwoju biznesu oraz skutecznego reaktywowania rynku pracy.

Po drugie: mniej narodowych egoizmów, więcej europejskiej solidarności. My Polacy wiemy dobrze, iż tylko wtedy, gdy działamy razem, wspólnie, osiągamy cele, które na pierwszy rzut oka wydają się nierealistyczne. To właśnie dlatego możliwa była polska bezkrwawa rewolucja otwierająca drzwi do pełnego zjednoczenia Europy w 1989 roku.
I dlatego dziś, gdy Unia trzeszczy w posadach, gdy poszczególne kraje cechują egoizm i krótkowzroczność ich politycznych przedsięwzięć, musimy ożywić ideę solidarności. Logika tej idei, idei solidarności, sprowadza się do zasady: „jeden z drugim", a nie: „jeden przeciw drugiemu".

Co więcej, nie ma dobrobytu bez solidarności. Kiedy ze sobą solidarnie współpracujemy, wszyscy na tym zyskujemy. Kiedy głupio rywalizujemy, wszyscy tracimy. Trzeba więc powiedzieć to najostrzej, jak tylko się da: albo solidarność, albo śmierć.

Po trzecie: mniej dezintegracji, więcej integracji. Europejczycy muszą zdać sobie sprawę, że Unia ma sens tylko wtedy, kiedy integracja jest pełna i całościowa: od polityki społecznej, na gospodarce kończąc. I kiedy pozostaje otwarta na przyjęcie nowych członków, na rozszerzenie.

Europę nie scementuje jedynie wspólna waluta. Dzisiejsze bolączki Europy biorą się nie z tego, że integracja poszła za szybko czy za głęboko. Przeciwnie, wciąż potykamy się o problemy, gdyż integracja przebiega zbyt wolno i nie obejmuje wszystkich obszarów naszego życia, a decyzje w sytuacjach kryzysowych zapadają zbyt wolno.

Dziś już wiemy, że oparcie jedności Unii tylko na wspólnej walucie jest niewystarczające. Zarazem mamy świadomość, że rozpad Unii jest dużo kosztowniejszy niż ratowanie Grecji. Unia potrzebuje silnej władzy, która miałaby mocną, demokratyczną legitymizację jej obywateli. Dopiero wtedy głębsza integracja stanie się faktem, a nie politycznym marzeniem Ostatniego Euroentuzjasty.

Ale ta integracja musi mieć w swojej podstawie system wartości, który przyświecał ojcom założycielom Unii, nie biurokratyczną unifikację, bo skutki nadmiernej odgórnej unifikacji wielobarwnego świata znamy już aż nadto dobrze z historii, upadku Imperium Rzymskiego.

Wkrótce potem, kiedy Europa w połowie XIV wieku leczyła rany po Czarnej Śmierci, a we Florencji upadły banki Bardich i Peruzzich, wywołując kryzys finansowy w całej średniowiecznej Christianitas, w Środkowej Europie powstała unia dwu państw, a zarazem wielu narodów i religii, państwo polsko-litewskie. Podstawą tamtej unii była stara rzymska zasada do ut des (daję abyś dał), której wewnętrzne przestrzeganie pozwoliło tej unii przetrwać 400 lat.

Życzę Unii, nam wszystkim, byśmy o tej zasadzie nigdy nie zapomnieli, a Wspólna Europa mimo obecnego kryzysu, przetrwała co najmniej tyle samo lat!

Źródło, foto: klub.platforma.org


© 2010 - 2012 Rafał Grupiński

Realizacja: Trawka Studio